Mapa strony
 
Wybierz miasto
do
Wyjazd od
zł/os.
do
Cena od
 
 
Znajdź swoje
dodaj wspomnienie
Dodaj wspomnienie!
Podziel się swoimi
wrażeniami
z wycieczki
Oceń
 
 
 
 
 
 
Średnia ocena
dobre
Majorka z plecakiem
autor: Andrzej Wiślak
dodane: 2005-04-21
termin-wycieczki:
Patrzę z okna samolotu na tą nieszczęsną wyspę, tak podobno zdeptaną przez Niemców i Anglików, i widzę przesuwające się pod skrzydłami hacjendy i połacie sadów oliwkowych. Nie jest tak źle, myślę. Wylądowaliśmy. To nie lotnisko na Korsyce wielkości przystanku autobusowego. Przynajmniej tutaj te dwie wyżej wymienione nacje pokazały swój wpływ. Wokół lotniska hektary parkingów z autami do wynajęcia. To musimy zapamiętać! Jest późne popołudnie, jedziemy autobusem do centrum. Następnym wyskakujemy za miasto, na ostatni przystanek. Stąd wychodzimy szukając przy okazji kartuszy do kuchenki gazowej. Kilka nieudanych akcji w kolejnych sklepach. Na skraju miasta jeszcze jeden dom towarowy. Sprzedawca z dumą przytakuje, że takowe butle ma i pokazuje ich cały rząd...jedenastokilowe! Robi się ciemno. Wokół rozpoznać można tylko ciemne kontury budynków. Nie wyszliśmy jeszcze z administracjnych granic stolicy. Sypialnia pod jedynym drzewem jak okiem sięgnąć. Maty rzucone na wysoką trawę, kilka metrów dalej tor kolejowy. Nocne pociągi wydają się wpadać nam na głowy. Rano wracamy do Palma. Musimy (!) kupić gaz. Po kolejnej wizycie, tym razem w sklepie ze sprzętem myśliwskim, siedzimy, szczęśliwi właściciele kilku kartuszy gazu, w pociągu do Inca. Z okna pociągu miga nam po drodze wyleżane miejsce pod drzewem.

Ostatnie miasteczko Selva z wielką katedrą i możliwością ochłody przy fontannie w centrum. A ostatni asfalt wyprowadza w kierunku Massanella, najwyższej, dostępnej na Majorce, góry. Jest jeszcze jedna wyższa, ale na niej chowa swoje tajemnice wojsko. Wchodzimy w dolinę. Do tej pory wszystkie mijane potoki są wyschnięte! Jest ujęcie wody, co za ulga! Upał wielki. Pluszczemy się przy nim jak sikorki w kałuży. Ciekawe, co bym tu robił latem, myślę. Nieco dalej opuszczony dom, po drugiej stronie płaski teren porośnięty podstarzałymi drzewami oliwkowymi daje miejsce na namiot. Woda niedaleko. Jest super. Na noc wejście namiotu zostawiamy szeroko otwarte. Rano zaglądają do środka trzy pary wytrzeszczonych oczu. Wrażenie niesamowite, ale to tylko ciekawskie owce z okolicy. Budzą nas tak naprawdę przejeżdżające auta!? W górze doliny sprawa się wyjaśnia. Zawody w zjeździe na MTB. Na naszym szlaku! Przymusowy postój, ukraszony na całe szczęście piwem, które organizatorzy zawodów majä i dla kibiców. Dalsza wędrówka szlakiem wyprowadza nas na zbacza Massanelli. Szlak mało uczęszczany, roślinność bardzo bujna, dużo kolczastych krzewów. Miejsce na biwak przepiękne(!).

Zawieszeni jesteśmy nad urwiskiem, za plecami zbocze góry. Brakuje tylko wody. Na wojskowej mapie jest naniesione źródło nieco powyżej naszego dzisiejszego obozu. Idziemy bez latarek i wracamy... bez wody. Do wykutej w skale sztolni weszliśmy, ale czując już wodę, musieliśmy się wycofać nie mając światła. Wieczorem z krawędzi urwiska obserwujemy wynurzającą się z morza olbrzymią tarczę księżyca. Taki najprawdziwszy hiszpański księżyc w hiszpańskiej czerwieni. Na prawo migają w dali światła Palma de Mallorca. Jak tu iść spać? Wejście na Massanellę, zdjęcia na szczycie i przepiękny widokowo szlak sprowadzający do klasztoru Lluc. To w skrócie następny dzień wędrówki. Ale najpierw odwiedzamy odkrytą poprzedniego dnia sztolnię z wodą. Kilkanaście metrów w głąb ziemi prowadzą wykute w skale stopnie. Na dnie trzy miski skalne, każda spełnia inną funkcję. Woda przelewa się kolejno przez każdą z nich. W tej pierwszej mamy wodę do picia, w ostatniej do mycia.
Szczyt i zbocza Massanelli są skaliste, przede wszystkim są to rumowiska głazów. Wśród nich wije się górna część szlaku. Dolna część szlaku prowadzi w lesie. W klasztorze Lluc wynajmujemy bardzo tanio czysty, wygodny pokój. Kamienna podłoga daje przyjemny chłód. Prysznic, wielkie żarcie i wygodne spanie. Jako prawdziwi turyści trochę tutaj przesadziliśmy, ale trudno.

Założenie klasztorne bardzo duże i malowniczo wkomponowane w szeroki kocioł górski. Są tu dziedzińce i ogrody, jest też sympatyczna restauracja. Następnego dnia kierujemy się na wybrzeże. Idziemy zupełnie dzikimi terenami. Pojedyńcze domy, jedne opuszczone, inne zamieszkałe, mieszają się ze sobą wisząc nad dziką doliną. Szlak, który był jakąś niewyraźną ścieżynką, nagle znika. Ale to wiedzieliśmy już z mapy. Rozglądamy się wokoło. Gdzieś u góry słychać co jakiś czas przejeżdżające auto. Używając wszystkich czterech kończyn wydostajemy się po dłuższej wspinaczce bardzo stromym, zalesionym zboczem na drogę. Wyasfaltowaną drogą, owiedzając po drodze budkę z frytkami, wychodzimy na przełęcz wiszącą nad północnym wybrzeżem wyspy. Tu nocleg z jakże pięknymi widokami na góry i morze. Kolory zachodu są przepiękne. Tylko tej nocy nie pokazał się nam księżyc, szkoda. Cały dzień następny marsz drogą z widokami na wybrzeże do małej, portowej wioski Sa Calobra. Ruch tu niewielki ale jednak uciekamy szybko w miejsca bez turystów. Wchodzimy w wąwóz Torrent de Pareis, tutaj nie ma nikogo, i tu rozbijamy nasz namiot. Kto nie był w tym wąwozie i w tej scenerii nie potrafi sobie wyobrazić efektów jakie daje tu cisza i pion ścian wąwozu. Akustyka pozwala na porozumiewanie się prawie szeptem na znaczne odległości. Miejsce, w którym stoi nasz namiot, potrafi być w późniejszej porze roku korytem szerokigo potoku. Potoku płynącego całą szerokością wąwozu. W tym okresie roku są to miejsca zupełnie niedostępne i bardzo niebezpieczne. Teraz pozostały tylko oczka stojącej wody.

O tej porze roku wędrówka wyschniętym korytem potoku należy do najciekawszych atrakcji wyspy. Przez nas zaplanowana trasa biegnie jednak w zupełnie innym kierunku. Rano budzą mnie odgłosy rozmowy. Wydaje mi się, że mamy gości przed namiotem. Przysłuchuję się dobre pół godziny, słyszę kroki, stuk potrącanych kamieni i gdy wreszcie przechodzą koło namiotu dociera do mnie, że to akustyka wąwozu mnie zwiodła. Słyszałem ich już po prostu z bardzo daleka. Dzień idziemy wzdłuż wybrzeża. Szlak wije się kilkaset metrów nad lustrem morza. Cały czas wędrujemy stokami porośniętymi kolczastymi krzewami macchia, kwitnącymi o tej porze roku. Jest kolorowo, przeważa kolor żółty. Trudy podejścia na tą wysokość wynagradzają nam teraz wspaniałe widoki na morze. Po południu pijemy piwo w sympatycznej knajpce przycupniętej na krawędzi lasu oliwkowego. Nieco dalej, pod starym drzewem oliwkowym robimy prawdziwą dziś przerwę obiadową. Obiad w knajpie byłby za drogi. Dalej trasa wzdłuż wybrzeża. Pod wieczór skręcamy w głąb lądu i zaczynamy szukać miejsca na biwak. Nie ma, jak zwykle wody. Znajdujemy wodopój, przeganiamy krowy, konkurentki, i wchodząc w poziomą sztolnię na jakieś 20 metów znajdujemy miejsce, gdzie jest ujęcie wody ze źródła. Stąd prowadzona jest ona do wodopoju na zewnętrz, gdzie nasze konkurentki gasiły pragnienie.

Jest cały czas tak kamieniście, że zastaje nas noc, a my dalej szukamy miejsca na namiot. Idziemy wzdłuż wszechobecnych tutaj sadów oliwkowych. Wszędzie pod drzewami tylko kamienie poprzerastane trawą. Nie znajdujemy żadnego uczciwego miejsca na biwak na całej dzisiejszej trasie! Nie do uwierzenia, ale namiot stanął na miejscu, gdzie rosną tylko kamienie.
Spanie bardzo niewygodne, rano w nienajlepszych humorach wchodzimy w cywilizację. Wędrujemy uliczkami uroczych wiosek, zaglądamy ciekawie za płoty. Interesująca architektura budynków, egzotyczne rośliny i warzywa w ogródkach. Z drzew zwisają pomarańcze i cytryny. Zwiedzamy jeszcze miasteczko Soller, skąd małym pociągiem wracamy do Palma. Mając cały czas w pamięci te ogromne ilości aut do wynajecia przed lotniskiem chcemy na dwa ostatnie dni coś wynająć i zwiedzić jeszcze północną część wyspy. Nie ma jednego wolnego auta!! Są za to wolne miejsca w samolocie do domu. Decyzja jest trudna do podjęcia. Ale wydostać się z takiego molocha jakim jest Palma aby jeszcze zrobić krótką pieszą turę jest sprawą zupełnie nieopłacalną. Siedzimy przed lotniskiem w upale pod wielką palmą, a po następnych trzech godzinach maszerujemy w wietrze i deszczu po płycie innego już lotniska. Szkoda tych dwóch dni. Należało nie wracać wcześniej z gór!!!
 
Voranova
Hotel *** AI
Cena: 1809 zł
29.09 - 06.10
Alcudia
Hotel *** HB
Cena: 1799 zł
15.09 - 22.09
forum MAJORKA
FORUM [MAJORKA]