Mapa strony
 
Wybierz miasto
do
Wyjazd od
zł/os.
do
Cena od
 
 
Znajdź swoje
dodaj wspomnienie
Dodaj wspomnienie!
Podziel się swoimi
wrażeniami
z wycieczki
Oceń
 
 
 
 
 
 
Średnia ocena
dobre
Barcelona i Majorka czyli kolorowy zawrót głowy
autor: Agnieszka Czernek-Olszewska
dodane: 2005-05-23
termin-wycieczki: 02.X - 08.X.2004
2 październik (sobota)
Wszytko zaczęło się o barbarzyńskiej porze, a mianowicie trzeciej nad ranem. O tej porze zwlekliśmy nasze zaspane ciała z łóżek, wdusiliśmy co nieco do gardeł i ruszyliśmy w nieznane! No może przesadzam... wszak Barcelona to nie dżungla. Nie mniej jednak znany był tylko cel podróży i numery rezerwacji poczynione wcześniej (bo w czerwcu) u tanich przewoźników lotniczych. Reszta była niewiadoma. No może jeszcze poza jednym, że mieliśmy namiar na parę z Barcelony, która za pośrednictwem Hospitality Club (www.hospitalityclub.org) zgodziła się przenocować nas przez dwie noce. Spieszę wyjaśnić, że ów klub jest przedsięwzięciem charytatywnym. Ludzie, którzy się do niego zapisują deklarują, że w razie gdy ktoś w trakcie podróży potrzebuje noclegu to mogą służyć gościną, mogą też zgłosić tylko chęć oprowadzenia kogoś po mieście lub okolicy lub też sami są w podróży i proszą o przenocowanie.Tyle w kwestii wyjaśnień.
Port Colom

Jak już napisałam ruszyliśmy w nieznane. Zaczęło się od Okęcia i terminalu Etiuda, z którego odlatywał "nasz" samolot. Z Warszawy lecieliśmy węgierską linią WizzAir do Londynu-Luton, w którym mieliśmy siedmiogodzinną przerwę. Lotnisko Luton nie jest imponujących rozmiarów, więc wkrótce po przybyciu zakończyliśmy eksplorację terenu. Zamienialiśmy się kolejno w mole książkowe, śpiące królewny, obserwatorium natury ludzkiej i wreszcie w pochłaniaczy kawy. Była ochydna i chyba tylko dlatego postawiła nas na nogi. Nadszedł czas (nareszcie!) naszej odprawy więc szybciutko się przemieściliśmy w odpowiednie miejsce i już po chwili siedzieliśmy w samolocie. Tym razem był to angielski EasyJet. Lecieliśmy ok.dwóch godzin i wieczorem wylądowaliśmy w Barcelonie. Dzięki planie dojazdu otrzymanym od naszych gospodarzy nie pogubiliśmy się jadąc do nich. W drzwiach mieszkania przywitali nas niezwykle sympatyczni i uśmiechnięci ludzie - Corinne i Jose. Mimo naszego zmęczenia rozmawialiśmy do późnej nocy. Między innymi prostowaliśmy artykuł w hiszpańskim tygodniku, który całkiem pomieszał zdjęcia Gdańska z opisami z Warszawy i umieścił w czołówce artykułu chłopa na furmance jako reprezentanta naszego kraju... Horror...

3 październik (niedziela)
Rano po śniadaniu z naszymi gospodarzami ruszyliśmy zwiedzać Barcelonę. W pierwszej kolejności pojechaliśmy na terminal promowy kupić bilet do Palmy na Majorce, gdzie mieliśmy się znaleźć za dwa dni. W kasach głucha cisza aż do 17.30, więc nie czekając dłużej, minęliśmy pomnik Kolumba wysoki na 60 metrów i skierowaliśmy się na La Ramblę - najbardziej znaną ulicę Barcelony. Podziwiając okolice nie spuszczaliśmy z oczu naszych plecaków, pomni wielu ostrzeżeń naszych gospodarzy i artykułów w internecie. Z Rambli skręciliśmy do Barri Gotic (Dzielnica Gotycka). Centrum stanowi piękna katedra będąca tymczasowo w rusztowaniach, siedziba rady królewskiej Palau de Generalitat oraz plątanina ciasnych średniowiecznych uliczek, na których Hindusi handlują barwnymi towarami. Przed pałacem ok.południa katalończycy często spontaniczne tańczą sardanę, ich narodowy taniec. Trochę dalej od katedry, w trzech średniowiecznych pałacach mieści się muzeum Picassa. Wstęp ok.10EUR. Kolejka wije się po ulicy skutecznie odstraszając tych, którzy tak jak my nie mają zbyt dużo czasu. Spacer w tempereturze ok.27C dał się we znaki. Zaczęliśmy lustrować okolicę pod kątem barów tapas, czyli w miarę niedrogich przekąsek. Kiedy już jedzenie stało się wspomnieniem ruszyliśmy w dalszą drogę jak na porządnych turystów przestało.

Muszę wspomnieć, że ten rodzaj zwiedzania jest nam trochę obcy gdyż większość naszych eskapad odbyła się jachtem będącym naszym miejscem spania i środkiem transportu. Tak więc zwiedzanie i przemieszczanie się całkiem na piechotę i komunikacją miejską było dla nas dość ciekawym doświadczeniem. Następne w kolejności do zwiedzania były domy projektu Antoniego Gaudiego na Pasażu Gracia. Pierwszy ukazał nam się Casa Batllo. Bajecznie kolorowy, obłożony mozaikami i z balkonami przypominającymi czaszki lub jak kto woli głowy owadów w dużym powiększeniu, robił wrażenie swą odmiennością. Nie tylko na nas niestety. Tłumy u wejścia, niewzruszone ceną za wstęp 10 EUR, kłębiły się namiętnie. Nas cena zdecydowanie wzruszyła, zwłaszcza że podobno do obejrzenia w środku są tylko ściany klatki schodowej. Skierowaliśmy się do drugiego z wymienionych w przewodniku domów, Casa Mila. Różni się zdecydowanie od poprzednika. Jest w jednym kolorze, wygląda jak ulepiony z ciasta, a jedyną ozdobą są misterne formy kutych w żelazie balustrad balkonów. Te dwa domy nie różniły się tylko kolejką przy wejściu i ceną za wstęp. Po obejrzeniu tych zadziwiających dzieł architektury udaliśmy się na La Ramblę.

Wróciliśmy do pomnika Kolumba i udaliśmy się ponownie na terminal promowy. Tym razem z pozytywnym skutkiem. Kupiliśmy bilety do Palmy. Lżej nam było o 100 EUR za dwa bilety w jedną stronę (ach ci monopoliści!). Chcąc się troszkę uspokoić ruszyliśmy w stronę wzgórza Montjuic. Nie dane nam jednak było na nie wejść od wybranej strony, gdyż jakkolwiek byśmy nie poszli to wychodziło na to, że kręcimy się w kółko. Pass. Poddaliśmy się i postanowiliśmy dotrzeć metrem jeszcze raz do domów Gaudiego by utrwalic je nocą kiedy są pięknie podświetlone. Wyczołgaliśmy się z metra i po sesji zdjęciowej spoczęliśmy w Cafeteria de Francesca gdzie obsługiwała nas żonglująca filiżankami, przesympatyczna barmanka. Wrażeń było dość i dla całego tłumu ludzi, więc powłócząc nogami skierowaliśmy się do metra z zamiarem dotarcia do naszego lokum. A na miejscu stwierdziłam, że stopy mam dwa razy większe niż rano i chyba jedyną rzeczą o której marzę to prysznic i spanie (to jednak dwie rzeczy...). Nie szybko to się stało, gdyż trzeba było zamienić parę słów z naszymi przemiłymi gospodarzami, zdać relację z wyprawy i z planów na dzień następny. Nie pamiętam kiedy zasnęłam...

4 październik (poniedziałek)
Na ten dzień zostawiliśmy sobie smakowite kąski w postaci Parku Guell z dekoracjami Gaudiego oraz Sagrada Familia również projektu Gaudiego od ponad wieku będąca w budowie. Do parku dotarliśmy nie od głównego wejścia (co okazało się później), pierwszym odczuciem było lekkie rozczarowanie. Park jak park. Drzewa, alejki, nic szczególngo. Gdzie jest ten Gaudi!? Aż wreszcie...jest! No nie powiem, fantazję to on miał. Szkoda, że fundatorowi, panu Guell, nie starczyło funduszy i nie zyskał wystarczającego poparcia mieszczan, bo dekoracja skończyła się na niewielkim fragmencie parku. Ale i tak jest co podziwiać. Obszerny taras będący jednocześnie dachem Sali Hypolstylowej ma balustradę z mozaiki będącą wijącą się ławką. Pod tym tarasem rzeczona Sala Hypostylowa również robiła wrażenie przepięknie dekorowanym sufitem oraz akustyką (grał akurat skrzypek). Z Sali przechodziło się na widowiskowe schody, na których rozsiadła sie najsłynniejsza salamandra na świecie. Jest ona jednocześnie fontanną i non stop osaczona jest przez stonkę turystyczną. Ze schodów schodzi się na wprost głównego wejścia przy którym stoją dwa bajkowe w formie budynki, zupełnie jak chatki z piernika. Tu również kłębił się tłum gdyż najlepsza stamtąd perspektywa, a poza tym WC, kawiarnia i sklep z pamiątkami.

Opuściliśmy Park Guell i na piechotkę przeszliśmy do Sagrady Familii. Ustawiliśmy się karnie w kolejce do kasy , gdyż zobaczenia tego budynku od środka nie mogliśmy sobie odpuścić, pomimo 8EUR z osobę. Powiem krótko: Robi wrażenie. Rzuca na kolana fantazja architekta, rozmach i ogrom pracy włożonej i przyszłej. Tego co tam się tworzy nie zobaczy się nigdzie indziej na świecie. Nie da się tego z niczym porównać. Z rozdziawionymi buziami zeszliśmy również pod katedrę, gdzie przedstawione są miniatury projektów Gaudiego oraz jego roślinne i zwierzęce inspiracje. Nie wjechaliśmy na wieże, gdyż jedna z wind była popsuta, a do drugiej czekała niekończąca się kolejka. Wjazd na górę 2EUR od osoby.

Ze świata naziemnego przemieściliśmy się do podziemnej kolejki i pomknęliśmy na Plac Hiszpański, przy którym mieści się wzgórze Montjuic, a na jego zboczu Pałac Narodowy obecnie wykorzystywany jako Muzeum Narodowe Sztuki Katalońskiej. Okolice Pałacu są zachwycające. La Font Magica (Fontanna Magiczna), wieczorami będąca gwiazdą przedstawienia światło i dźwięk, schody, mniejsze fontanny oraz bardzo dużo zieleni i piękne widoki. Teren wzgórza zajmuje również Miasteczko Hiszpańskie, które skupia na swoim terenie przykłady budownictwa z różnych stron Hiszpanii, warsztaty rzemieślnicze produkujące różnego rodzaju pamiątki oraz knajpy z daniami różnych regionów Hiszpanii. Poza tym idąc w strone wybrzeża mija się Fundację Joan Miró. Obie te atrakcje pozostały przez nas nietknięte ze względu na brak czasu (Miasteczko) i zamknięte drzwi (Fundacja). Wystawione są tam ponoć prace artysty i dary dla Mistrza od jego kolegów po fachu. Niedaleko Fundacji znajduje się stacja kolejki Funicular (takiej jak na Gubałówkę), która zwozi do stacji metra Paral.lel. Dla nas był to już najwyższy czas, dojechaliśmy do Placu Katalońskiego, zrobiliśmy zakupy na drogę i wróciliśmy do Corinne i Jose. Na miejscu szybkie pakowanie, robienie kanapek, herbaty, urywane rozmowy z gospodarzami, prysznic i w drogę!

Na terminalu promowym tłumy emerytów czekających tak jak my na tzw.boarding card, pozwalającą wejść na prom. Na promie przysługiwały nam fotele i ..nic więcej. Ulokowaliśmy się z rozpędu przy oknie ale na niewiele nam się to zdało ponieważ rejs był... nocny. Nawet dało się spać, nie biorąc oczywiście pod uwagę sąsiada z rzędu obok, który chrapał okrutnie. W tych w miarę komfortowych warunkach dopłynęliśmy przed wschodem słońca do Palma de Mallorca.

5 październik (wtorek)
Nie spiesząc się człapaliśmy wzdłuż portu jachtowego do biura wynajmu samochodów AVIS, w którym mieliśmy zarezerwowane auto. Za 85EUR + 40EUR ubezpieczenie bez wkładu własnego, dostaliśmy na trzy dni Opla Corsę, diesla z klimatyzacją. Załadowaliśmy nasze bagaże do auta i zaczęliśmy naszą podróż po Majorce od zwiedzenia Palmy. Katedrę i Pałac Królewski widać zewsząd, gdyż są: a) monumentalne, b) piękne, c) na wzniesieniu d) tuż przy głównej drodze. Okolice są również bardzo przyjemne, ponieważ dużo tam fontann, zieleni i różnego rodzaju mimów. Wgłębiliśmy się w uliczki starej Palmy i od razu nam się spodobała. Palma jest po prostu sympatyczna. Piękne kamienice przy wąskich uliczkach, inne niż w Barcelonie i to odczucie, że to jednak wyspa, że tu jest mimo wszystko inaczej. Czy lepiej to nie wiem, gdyż akurat strajkowano przed budynkiem Ratusza, pięknego zresztą.

Po wycieczce po starej Palmie wsiedliśmy w samochód i z nieukrywaną radością wyjechaliśmy z miasta. Celem naszym było... wykąpanie się w morzu. Na zachodnim wybrzeżu po nietrafionym wyborze jakim był Port Andratx, spróbowaliśmy szczęścia w Sant Elm. A tam plaża dla rasowych turystów z widokiem na wyspę Dragonera, będącą Rezerwatem. Czym prędzej się tam udaliśmy i cóż za radość! Woda cieplutka, aż miło! Przyjemnie jeśli człowiek umęczony upałem zanurzy się w wodzie i trochę popływa ale leżeć na plaży cały dzień!? Nie, to nie dla nas... Opłukaliśmy się pod prysznicem ze słonej wody i dalej w trasę. Od samego początku widoki były nieziemskie, a sama droga robiła piorunujące wrażenie swoją krętością, wąskością i ostrzeżeniami przed spadającymi kamieniami.

Późnym popołudniem dojechaliśmy do mieściny Estellencs. Zatrzymaliśmy się, bo miejsce to tchnęło spokojem i jakoś tak ładnie się nam komponowało. Obeszliśmy je w parę minut ale nie chciało nam się jechać dalej. Postanowiliśmy natomiast zjechać do portu niesłychanie krętą i wąską dróżką, na której należało trąbić przed zakrętami. Porcik okazał się być składowiskiem nie do końca sprawnych łódek, plaża wyściełana była wyschniętymi morskimi roślinami, które o dziwo nie śmierdziały i były niesłychanie miękkie. Poza tym była tam jeszcze knajpka nad urwiskiem. Posiedzieliśmy trochę na niesamowicie bordowych skałach w promieniach zachodzącego słońca i ruszylimy z powrotem do Estellencs na kolację. Na ten posiłek wybraliśmy restaurację Gardini oferującą dania kuchni... włoskiej. Po kolacji udaliśmy się do samochodu na ...nocleg. Samochód zaparkowany był na całkiem przyjemnym, malutkim parkingu, więc nic nie stało na przeszkodzie, żeby tam spać.

6 październik (środa)
Noc upłynęła spokojnie. Rano szybciutko się zebraliśmy i znów zjechaliśmy do portu. Tym razem nie było tam nikogo. Wykąpaliśmy się w cieplutkim morzu, opłukaliśmy pod wypływającym ze skały strumieniem, zjedliśmy śniadanie w postaci kilku mandarynek i nie spiesząc się pojechaliśmy dalej. Trasa wiodła w kierunku północno-wschodnim wzdłuż stromego wybrzeża. Stale będąc pod wrażeniem usytuowania drogi i pięknych z niej widoków dotarliśmy do Valldemossy. Jest to miejscowość znana z tego, że Fryderyk Chopin wraz z George Sand spędzieli tu ponad miesiąc mieszkając w klasztorze. Teraz każdy sznujący się turysta chce ten klasztor zobaczyć. Żeby tak się stało należy uiścić ok.8EUR i podwoje klasztoru z mieszczącym się tam muzeum staną otworem. Nam wystarczyły zdjęcia wnętrz prezentowane przed kasą. Prawdziwą przyjemnością było dla nas snucie się po uliczkach tego niesłychanie malowniczego miasteczka i oglądanie ceramicznych obrazków umieszczanych przy wejściu do każdego domu. Trafiliśmy też do sklepu, w którym oprócz wyrobów pamiątkarskich można było spróbować i nabyć różne rodzaje lokalnych oraz kontynentalnych alkoholi.

Ruszyliśmy do Soller. Miasto słynie z tego, że łączy je z Palmą linia kolejowa, po której kursuje zabytkowy pociąg oraz że posiada ono zabytkowy, wciąż czynny tramwaj jeżdżący na trasie Soller - Port Soller, tj. ok. 5 km w jedną stronę. Na placu przed katedrą można usiąść w jednej z licznych knajpek i spokojnie wypić kawę przy okazji podziwiając zabytkowy tramwaj przejeżdżający przez sam środek placu. Po krótkim odpoczynku zrobiliśmy zakupy. Między innymi nabyliśmy hiszpański trunek - Malagę, dobrze schłodzona jest pyszna! o ile ktoś lubi alkohol z pogranicza likieru i słodkiego wina.

Naszym kolejnym przystankiem było miejsce dość niezwykłe. Zboczyliśmy z głównej drogi i zjechaliśmy na wybrzeże do wsi Calobra. Jest to miejce gdzie uchodzi do morza rzeka Pareis. Rzeka ta płynie w drugim co do wielkości kanionie Europy. Miejsce gdzie uchodzi do morza jest więc spektakularne. Tworzą je pionowe, kilkudziesięciometrowe skały i kamienista plaża. Jak już się do niej dotrze wykutym w skale tunelem to ukazuje się oczom piękna surowa przyroda i romantyczny widok na zatokę z kotwiczącymi w niej jachtami. W ciągu dnia oblegają to miejsce tłumy turystów i wtedy ciężko cokolwiek zobaczyć, my jednak byliśmy tuż przed zachodem słońca i było pusto. Zrobiliśmy rekonesans, stwierdziliśmy że na plaży zamierza zostać na noc parę osób, więc postanowiliśmy dołączyć do nich zamiast spać na parkingu. Wróciliśmy do samochodu po ciepłe rzeczy i śpiwory i już prawie po ciemku umościliśmy sobie legowisko.

7 październik (czwartek)
Noc była dość wietrzna ale w miarę ciepła. Rano, dopóki nie zobaczyliśmy gdzieś w oddali na skałach promieni słonecznych, to nie bardzo nam się chciało wierzyć, że słońce już wstało, a woda nadal może być ciepła. Chciał nie chciał, zdecydowaliśmy się na kąpiel. Butelka z wodą ze strumienia musiała nam wystarczyć za prysznic. Zaczęli pojawiać się pierwsi turyści, trzeba było się zwijać. Wróciliśmy do samochodu, zapakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w drogę do Pollenca. Miejscowość nie była zachwycająca, ani nawet ładna. Siedliśmy tylko na głównym placu w kawiarence, żeby łykiem kawy wzmocnić siły.

Pojechaliśmy do Port de Pollenca. Też nie miał tego czegoś, co by przykuło naszą uwagę na dłużej. Nie namyślając się wiele wsiedliśmy w samochód z decyzją przejechania przez środek wyspy i zahaczenia o porty na południu. Tak też zrobilimy i po południu wylądowaliśmy w miejscowości Port Colom gdzie na plaży oddaliśmy się półgodzinnemu lenistwu i ostatniej kąpieli w ciepłym morzu. Na koniec chcieliśmy jeszcze zrobić sobie ucztę dla podniebienia i zaczęliśmy szukać knajpki, która sprostałaby naszym wygórowanym oczekiwaniom. Nie było takiej. I znów zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy do najbardziej romantycznego portu na Majorce (tak mówił przewodnik) - Cala Figuera z nadzieją, że tam coś znajdziemy. Rzeczywiście porcik był uroczy. Żałowaliśmy, że wcześniej tam nie przyjechaliśmy, bo załapaliśmy się na ostatnie promienie zachodzącego słońca. Ale i tak było uroczo. Port umiejscowiony jest w zatoce tak wąskiej i ostromych ścianach, że przypomina fiord w miniaturze. Nasze kontemplacje zakończyliśmy w knajpce, w której mimo wczesnej pory panował tłok. Wzięliśmy to za dobrą rekomendację i usiedliśmy przy jednym z ostatnich wolnych stolików. Uczta nasza składała się z dwóch pizz i muszli w sosie pomidorowym. Najedzeni i szczęśliwi z tak miłego zakończenia naszego pobytu na wyspie ruszyliśmy w drogę powrotną do Palmy.

8 październik (piątek)
Noc spędziliśmy w samochodzie na parkingu przy porcie jachtowym, dużo jej zresztą nie zostało, bo samolot mieliśmy o 7.40 a wcześniej trzeba było zdać samochód, no i zgłosić się godzinę wcześniej do odprawy. Zdawanie samochodu w pełni nas zaskoczyło. Podjechaliśmy na parking firmy AVIS, zostawiliśmy samochód, a w drzwiach biura była dziura i informacja "tu wrzuć kluczyki". Koniec. Na tym polegała całodobowość tego oddziału! Na lotnisku czekała nas już tylko odprawa. Linią AirBerlin lecieliśmy do Berlina, a tam po przesiadce też tą samą linią do Warszawy. AirBerlin mile nas zaskoczyło posiłkami w czasie lotu. Tego się nie spodziewaliśmy! Warszawa powitała nas dżdżyście i temperaturą kilkanaście stopni niższą. Nie dało się ukryć jesteśmy w Polsce i jest jesień.

Relacja pochodzi ze strony www.Blue-Sails.com
 
Sol De Alcudia
Hotel *** HB
Cena: 1965 zł
12.09 - 17.09
Yate
Hotel *** AI
Cena: 1999 zł
03.10 - 10.10
forum MAJORKA
FORUM [MAJORKA]